Każdy, kto w sobotę wyjrzał przez okno, bez trudu zauważył, że zrobiło się już całkiem ciepło – w powietrzu czuć wyraźnie było wiosnę. Oznacza to, że tym bardziej wypadałoby, by niedobry wirus już sobie odpuścił i zniknął z naszej planety. Ale póki mamy zbliżającą się wiosnę za oknem, nie oznacza, że nie możemy mieć jej w sercu! A zatem – Vivaldi i Cztery Pory Roku? Nie, nie tym razem.

Walc Odgłosy wiosny Johanna Straussa został napisany w 1882 roku w dwóch wersjach: na orkiestrę z głosem solowym (sopranowym) lub bez. Co ciekawe, jego premiera w Teatrze Wiedeńskim w czasie charytatywnego wieczoru nie okazała się jakimś szczególnym sukcesem. Ten przyszedł jednak wraz z tournée Johanna Straussa do Rosji w 1886 roku.

Ostre, z pełną parą wejście – mocne, wyraziste akordy – otwierają przesympatyczną i lekko zadziorną melodię, która sama porywa do tańca. W środkowej części na chwilę pojawią się burzowe chmury – tonacja zmieni się na moment na molową, ale dosłownie tylko na chwilę. Zakończenie niespodziewane, gwałtowne, przyspieszone – zdaje się podkreślać wiosenny nastrój komponującego Króla Walca.

Dajmy się na chwilę porwać do tego wiosennego tańca. Poczujmy wiedeńską krew – i przenieśmy się do muzycznej stolicy świata z przełomu XIX i XX wieku! Ależ to musiały być wieczory, koncerty, premiery! Wiedeń się bawi, choć poeci, muzycy, artyści i myśliciele różnej maści wyraźnie przeczuwają już nadchodzącą katastrofę. Wielka wojna jeszcze jednak nie wisi w powietrzu. A w walcach i polkach całej rodziny Straussa słychać beztroską zabawę – i wiosnę.