Kontynuujemy temat słynnych i pięknych miniatur fortepianowych. Tym razem coś z Mozarta. Istnieje taka anegdotka, wedle której do Mozarta przyszedł kiedyś młodzian z prośbą o to, by nauczył go pisać symfonie. Mozart odparł, że jest jeszcze zbyt młody. Młodzian nie dawał za wygraną: Pan komponował symfonie w wieku 10 lat! – No tak – odrzekł Mozart – Ale ja nie pytałem nikogo jak to się robi.

Ktoś inny kiedyś powiedział, że komponowanie muzyki jest zajęciem wyjątkowo frustrującym i zniechęcającym, jeśli weźmie się pod uwagę, że nawet po stworzeniu najpiękniejszego kawałka muzycznego, na jaki nas stać, przypominamy sobie, że Mozart skomponowałby to lepiej i szybciej – w wieku 6 lat.

Przytoczyć można jeszcze słynną uwagę pewnego kompozytora, że w swoim życiu przechodził następujące etapy: w wieku 20 lat mówił ja, w wieku 30 – ja i Mozart, w wieku 40 – Mozart i ja, a w wieku 50 lat – Mozart.

Muzyka Mozarta jest niezwykle intuicyjna – pod tym względem jest to fenomen, który w całej historii muzyki nie ma sobie równych. W przypadku Bacha czujemy ten cały intelektualny trud, drobiazgowe konstruowanie z geometryczną niemal precyzją struktur – to jak matematyka. Słuchając Beethovena, czasami aż poraża nas niezwykła głębia, emocjonalne i intelektualne nowatorstwo – posunięte aż do granic sztuki, może nas nawet zmęczyć. A Mozart? Porywa nas ze sobą niczym latawiec na wietrze, jest naturalny, harmonijnie wyważony, doskonały! Intuicyjna melodyjność uwodzi w całej swojej prostocie i bezpretensjonalności.

Oto jeden z pierwszych jego utworów – nie do wiary, ale to dziełko zaledwie 6-latka. Notowane jeszcze pewnie przez ojca Leopolda, który notabene również był kompozytorem – i to niczego sobie kompozytorem. Taki muzyczny prosty drobiazg, ale już czujemy Mozartowską lekkość, śpiewność i ogromną radość tworzenia. Czegóż chcieć więcej? Poniżej w wersji fortepianowej i klawesynowej.