Akt II rozpoczyna się sceną między Blondą a Osminem. W pałacu robi się coraz goręcej. Pełna temperamentu dziewczyna energicznie odpiera zakusy Turka. Strapiony całkowicie Osmin odchodzi, zaś Blonda dodaje odwagi Konstancji, która tęskniąc za Belmontem, poczyna już tracić nadzieję.

Po odejściu Konstan­cji zjawia się Pedrillo z wiadomością, że Belmonte już przybył i okręt jego czeka na morzu niedaleko pałacu baszy. Blonda śpieszy zanieść swej pani tę radosna wieść, Pedrillo zaś przy­gotowuje się do ostatecznej rozgrywki przeciwko chytremu Osminowi. Znając słabość Turka do zakazanych przez Maho­meta trunków, obdarowuje go pękatą flaszką cypryjskiego wi­na, do której uprzednio nasypał proszku nasennego. Moja ulubiona scena. 

Gdy Osmin, pociągnąwszy tęgo z flaszki, upija się, a następnie usypia, w ogrodzie spotykają się obie zakochane pary. Akt II kończy się wspaniałym kwartetem, w którym wszyscy czworo snują marzenia o bliskiej już wolności.

Za wcześnie. Akt III. Belmonte i Pedrillo przybywają nocą pod okna haremu, wzywając śpiewem Konstancję i Blondę. Po chwili wszyscy uchodzą spiesznie w kierunku morza. Lecz oto drzwi pałacu otwierają się i staje w nich Osmin, który tymczasem zupełnie otrzeźwiał. Na jego wezwanie janczarowie ruszają w pogoń: po chwili zbiegowie zostają schwytani i postawieni przed obliczem, rozgniewanego baszy. Osmin triumfuje. We wspa­niałej arii maluje – sam przed sobą – obrazy wyszukanych tortur, jakie niezawodnie czekają zbiegów.

Staje się jednak inaczej. Miłość bohaterów, nie lękająca się nawet śmierci, i chęć poświęcenia się – jedno dla drugiego – wzruszają serce baszy, który wspaniałomyślnie darowuje wszyst­kim czworgu upragnioną wolność. 

No i wszystko tu w tej operze jest na opak! Bohaterscy Europejczycy – dokładniej mówiąc Hiszpanie i jedna Angielka (Blonda)  okazją się znacznie mniej bohaterscy i przebiegli, jak się wydawało, a turecki Basza nad wyraz wyrozumiały i w gruncie rzeczy dobry. Mozart opuszcza kurtynę. Nacieszyliśmy się wspaniałą muzyką, pośmialiśmy się z żartów i gagów opery. Jednakże – podobnie jak to ma miejsce w najdoskonalszych komediach Moliera – widz pozostaje trochę skonsternowany. Co potem? No właśnie. Czy Belmonte i Pedrillo, kochankowie, którym podarowano kochanki, bohaterowie, którzy nieśli ratunek, a ostatecznie ratunek został podarowany im w formie łaski, nie skompromitowali się troszkę w oczach Konstancji i Blonde? Te ostatnie z kolei czy na pewno nie zatęsknią za przepychem pałacu Baszy? Jak wyglądałoby Uprowadzenie z Seraju – siedem lat później?

Mozart opuścił już kurtynę. Zostawiając nas we wspaniałym poczuciu estetycznego zadowolenia z muzyki i… dziwnym wrażeniu, że szczęśliwe finały to zasłona dymna, za którą kryje się znacznie więcej.

Również i to  więcej jest tajemną wielkością oper Mozarta.