Najwyższy czas już na zmianę klimatu. Dziś będziemy nieco sentymentalni i nastrojowi. Znajdziemy się też trochę bliżej naszych czasów. A zarazem w kręgu muzyki francuskiej.

Sam kompozytor nie uważał Karnawału zwięrząt za jakieś szczególnie ważne w swoim dorobku dzieło. Wręcz przeciwnie – traktował je z dużym przymrużeniem oka jako raczej żarcik. Dziś jest jego najpopularniejszym – o ironio – utworem.

Długie tournée koncertowe, jakie Camille Saint-Saëns odbył po Niemczech zimą 1885–1886, było wyjątkowo wyczerpujące. Tuż po jego zakończeniu planował natychmiast rzucić się w wir pracy i zasiąść do komponowania kolejnego w swym dorobku potężnego dzieła – zamówionej przez londyńskie stowarzyszenie III Symfonii – ale… nie miał siły. Postanowił trochę odpocząć, a żeby się nie nudzić i przy okazji rozbawić przyjaciół, skomponował na zbliżającego się właśnie „śledzika” muzyczny żarcik, który sam określił mianem „fantazji zoologicznej”.

Był to zbiór 14 miniatur na 11 instrumentów (taki zestaw muzyków Saint-Saëns miał akurat pod ręką) w humorystyczny sposób przedstawiających rozmaite zwierzęta (i nie tylko). Uczestników ostatkowej imprezy Karnawał zwierząt rozbawił do łez, podobnie jak i świadków kolejnych prywatnych wykonań utworu. Gdy jednak usiłowano namówić kompozytora na zaprezentowanie dzieła szerszej publiczności, kategorycznie odmówił, twierdząc, że muzyczny „wygłup” zaszkodzi jego reputacji poważnego kompozytora. Pozostał nieugięty aż do śmierci (wyjątek czyniąc jedynie dla Łabędzia) – zgodnie z jego wolą partyturę wydano dopiero rok po jego pogrzebie. Dzieło natychmiast zyskało ogromną popularność.

A my oczywiście sięgamy – po owego Łabędzia właśnie.