Jest rok 1787, dość chłodna październikowa praska noc. Jutro ważny dzień. Premiera nowej opery. Ukoronowanie ośmiu miesięcy ciężkiej pracy. Co prawda zyskali trochę czasu, bowiem tuż przed planowanym terminem premiery rozchorowała się jedna ze śpiewaczek. W wyniku pośpiechu zrezygnowano jednak z uwertury.

Oczywiście  Wolfi, jak to Wolfi, spędza urokliwy wieczór w towarzystwie Konstancji i ukochanych przyjaciół. Nie można powiedzieć, żeby to była jakaś wielka balanga – nie, co to to nie, Wolfi musi być jutro w formie, dyrygując nowym dziełem. Ale nikt za kołnierz też specjalnie nie wylewa. Sukces trzeba przecież uczcić – a sukcesu są pewni, oj tak, praska publiczność – w przeciwieństwie do wiedeńskiej – umie docenić prawdziwy geniusz. Libretto napisał sam Lorenzo da Ponte na podstawie mitu niecnego uwodziciela, którego wreszcie spotyka kara.

Siedzą, gaworzą i piją. Co jakiś czas Wolfi siada do klawesynu i razem z przyjaciółmi podśpiewują najciekawsze fragmenty nowej opery. A jest co do pośpiewania. Nagle jeden z przyjaciół rzuca hasło: uwertura! Przecież zrezygnowano z niej, ale Wolfi z powodu niedyspozycji jednej ze śpiewaczek zyskał całkiem sporo czasu, mógł napisać. Krytycy mogą być niepocieszeni. A Wolfi… ech, no zapomniał. Fakt, cały czas wydawało mu się, że czegoś brakuje i coś jeszcze miał zrobić, ale… no sami wiecie, te wieczory z ukochaną Konstancją, z przyjaciółmi przy pysznym czeskim winie… No zapomniał… Ale to przecież nie problem…

Misja niewykonalna? Żartują Państwo. Nie dla Mozarta.

Umysł geniusza rządzi się swoimi prawami. Przyjaciele pospiesznie opuszczają mieszkanko. Konstancja doskonale wie co robić. Wolfi, upojony winem, nie może zasnąć nad partyturą – będzie mu opowiadała w międzyczasie historyjki o lampie Aladyna.

Mijają dwie, może trzy godzinki. Uwertura jest gotowa. Sam początek zapowiada finał opery – dwa potężne niepokojące akordy wzbudzają grozę. O tak, nikt nie będzie miał wątpliwości, że ten komiczny operowy dramat skończy się dla uwodziciela tragicznie. Potem melodia przynosi jakby całkowitą – o ile wolno się tak wyrazić – beznadzieję: wznosi się i opada, wznosi i opada, zupełnie bezwiednie. No ale ten groźny klimat nie trwa wiecznie. Niedługo pojawia się ten sam beztroski Mozart, którego doskonale znamy z wielu innych utworów. Znowu zresztą okraszony motywem, który tłumaczy wszystko (3:04-3:15 i 5:38-5:50). Takie tłumaczące wszystko motywy to zresztą cecha dojrzałego stylu Salzburczyka, zwłaszcza w koncertach fortepianowych czy uwerturach.

Tak powstała uwertura do najwybitniejszej opery wszechczasów Il dissoluto punito ossia il Don Giovanni (Rozpustnik ukarany czyli Don Giovanni). Kiedy Program Drugi Polskiego Radia – z okazji Roku Jubileuszowego Opery – ogłosił plebiscyt na najlepszą operę w historii – nie, nie, nie chodzi nawet o to, że Mozartowski Don Giovanni wygra, bo to było oczywiste, ale zgarnął ponad połowę głosów. Dlaczego to aż tak genialna opera – zdradzimy Państwu innym razem. Póki co niech zabrzmi legendarna uwertura napisana w czasie przedpremierowej nocy. Ot, po prostu Mozart.