Dziś bądźmy troszkę przewrotnie zadziorni. Wolfgang Amadeusz Mozart musiał przewidzieć epidemię, z którą obecnie zmaga się współczesny świat, bo zdarzyło mu się popełnić Mszę C-dur zwaną…  Koronacyjną. Oczywiście ma ona coś wspólnego jedynie z wirusem muzyki, a nie tym, który od kilku miesięcy grasuje i uprzykrza nam życie. I żeby było jeszcze bardziej przewrotnie – w oczekiwaniu na zwycięstwo nad nim wybierzmy do posłuchania słynną Glorię. Oj, to jest dopiero Muzyka!

Pompatyczne i radosne otwarcie zapowiada trochę klimaty Händla. I ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że rzeczywiście gdzieś słyszymy dalekie echa patetycznych dzieł sakralnych barokowego mistrza. Ale poczekajmy niecałe dwie minuty – Mozart pokaże swój temperament i pazur, zmieni tonację, okrasi całość polifonicznym majstersztykiem, wprowadzi trochę napięcia i podsumuje ten cały głębszy fragment typowym dla siebie motywem, który – o ile wolno się tak wyrazić – tłumaczy wszystko (2:28). Ale to wszystko tylko na chwilę! Niemal natychmiast wraca radosny chóralny śpiew. A już same finalne Amen to miód na uszy. Genialne.

Muzyka sakralna Mozarta ma w sobie coś zarazem niezwykle uduchowionego i patetycznego, a jednocześnie – na swój sposób frywolnego i zadziornego. Mozartowskie sacrum zdaje się być przefiltrowane przez intuicyjną figlarność.

Nic dziwnego zatem, że słynny szwajcarski teolog ewangelicki Karl Barth, zafascynowany muzyką Salzbuskiego mistrza, powiedział kiedyś aniołowie w niebie przy oficjalnych zebraniach przed Bożym tronem grają Bacha, ale gdy tylko Bóg nie patrzy, pogrywają sobie beztrosko Mozarta, podsłuchiwani zresztą przez Boga z upodobaniem. Coś w tym jest, nieprawdaż?

A, byłbym zapomniał – rzecz jasna słynna Msza nie zawdzięcza swojej nazwy żadnym epidemiom, ale faktowi, że wykonano ją m.in. w trakcie uroczystości koronacyjnych cesarza Leopolda II na króla Czech w Pradze. Niegdyś błędnie uważano, że została skomponowana z okazji koronacji cudownego obrazu Matki Boskiej w Maria-Plain niedalego Salzburga.