Chciałem zacząć od mocnego akcentu. I nawet miałem pierwsze nieśmiałe pomysły – że znajdziemy tu na dobry początek coś na czasie, w stylu  Raportu z oblężonego Miasta Zbigniewa Herberta, ale – ostatecznie nie.  Raport zostawimy sobie na później. Rozmawiałem dziś przez telefon z naszą drogą Panią Olą – no powiem szczerze, że takiej dozy optymizmu, poczucia humoru i ogromnej radości dawno żem nie doświadczył. I czuję, że rozpoczynać od czegoś mocnego, ale i przygnębiającego byłoby niezbyt właściwie. Uderzmy zatem w inne tony, przywołajmy zupełnie inny poetycki wszechświat, który nas na chwilę od codzienności oderwie. 

Dziś niech nam powieje trochę wietrzyk wolności. Także poetyckiej. Arthur Rimbaud – jedno z największych nazwisk dziewiętnastowiecznej poezji europejskiej, skandalista, którego życiorys otacza do dziś niepokorna legenda (na jej kanwie Agnieszka Holland nakręciła Całkowite Zaćmienie), twórca, który nagle rozbłysnął na poetyckim firmanencie i równie szybko zgasł wypowiedziawszy wszystko, co jego niezwykła wrażliwość artystyczna miała do powiedzenia. Tak jakby mógł tworzyć tylko za młodu, tylko krótko. Ale cóż to za poezja – bardzo uduchowiona, pełna symboli, sprawiająca wrażenie zupełnie intuicyjnej. I jakże to wszystko takie właśnie – z pełną lekkością i swadą napisane, dynamiczne. Tajemnicze, ale zawsze z sensem; lekkie, ale i bardzo głębokie. Nie ma drugiego takiego poety. Nie będziemy dziś nudzić Państwa jakąś próbą interpretacji. Oddamy głos samemu poecie. To artysta-włóczęga o niecodziennej wyobraźni. Oczywiście nikogo do włóczenia się na zewnątrz domostw nie namawiamy w tym okresie, dlatego jednak tym bardziej powłóczmy się trochę po poezji. 

 

Arthur Rimbaud

 

Moja Bohema  

Włóczyłem się – z rękoma w podartych kieszeniach,
W bluzie, co już nieziemską prawie była bluzą,
Szedłem pod niebiosami, wierny ci o Muzo!
Oh! la la! co za miłość widziałem w marzeniach!

Szeroką dziurę miały me jedyne portki,
W drodze, pędrak – marzyciel, układałem wiersze,
Na Wielkiej Niedzwiedzicy miałem swą oberżę,
A od mych gwiazd na niebie płynął szelest słodki.

Słuchałem gwiazd w te dobre wieczory wrześniowe,
Siedząc na skraju drogi, i czułem, że głowę,
Jak mocne wino, rosa kroplista mi rasza.

Lub gdy w krąg fantastycznych cieni rosły tłumy
– Jak gdybym lirę trącał, wyciągałem gumy,
Stopę mając przy sercu, z zdartego kamasza.

A dla tych z Państwa, co uczęszczają na zajęcia z języka francuskiego na poziomie średniozaawansowanym, nie omieszkam oczywiście podsunąć oryginału:

Arthur Rimbaud

Ma Bohème

Je m’en allais, les poings dans mes poches crevées ;
Mon paletot aussi devenait idéal ;
J’allais sous le ciel, Muse ! et j’étais ton féal ;
Oh ! là ! là ! que d’amours splendides j’ai rêvé

Mon unique culotte avait un large trou.
– Petit-Poucet rêveur, j’égrenais dans ma course
Des rimes. Mon auberge était à la Grande-Ourse.
– Mes étoiles au ciel avaient un doux frou-frou

Et je les écoutais, assis au bord des routes,
Ces bons soirs de septembre où je sentais des gouttes
De rosée à mon front, comme un vin de vigueur ;

Où, rimant au milieu des ombres fantastiques,
Comme des lyres, je tirais les élastiques
De mes souliers blessés, un pied près de mon coeur !

 

I interpretacja Michela Mansoura: