Teleturnieje – jak już wspominaliśmy niejednokrotnie – to prawdziwe pole dla popisu kabareciarzy wszelkiej maści: od najbardziej ambitnych występów po znacznie mniej ambitne. Niemniej jednak nader często zdarza się tak – oj zdarza – że nie potrzeba z teleturnieju robić kabaretu, bowiem sam teleturniej okazuje się niezłym kabaretem: ku uciesze lub rozpaczy uczestników. Pocieszamy: wszyscy wiedzą, że występującym towarzyszy niezły stres – w końcu to występ w mediach publicznych, każdy się stara ugrać dla siebie jak najwięcej, a przy tym nie dać plamy przed  całą Polską – umownie, bo nie ma takiego teleturnieju, by go każdy Polak oglądał. I jeszcze ten tykający zegar – czas biega nieubłaganie, a ja muszę dać najmądrzejszą odpowiedź na którą mnie stać w danej chwili. I ruszam swoją mózgownicę, wspartą latami edukacji i życiowego doświadczenia. No i cóż? Nic dziwnego, czasami się nie udaje. Ma prawo. To, że wychodzi troszkę pociesznie, to inna sprawa. Są dwa rodzaje medialnych wpadek teleturniejowych – do pierwszej zaliczyć należy wszystkie bez wyjątku dowcipy – jak to młodzież mówi: sucharskie – pana Karola Strassburgera na początku Familiady , drugie – to już wtopy bezbronnych uczestników. Kto pierwszy rzuci kamieniem? Każdemu ma prawo się zdarzyć.