Szok i niedowierzanie: toć człowiek jest autochtonem z krwi i kości, niby zna każdy zakamarek swojej ukochanej niebiesko-zielonej gminy, a tu takie niespodzianki! Znowu za plan pieszej wyprawy wzięła się pani Aleksandra Urla, a jak już pani Ola się za coś bierze, to klękajcie narody. Nie inaczej było tym razem.

Poprzednio otrzymaliśmy sporą dawkę historycznych i kulturalnych odniesień. Wędrowaliśmy na południe od Dębogórza. Tym razem pani Ola przygotowała dla nas wykłady z zakresu lokalnej flory. I wyprawę na północ. Niemalże bezkresne łąki i lasy ukazały się przed oczyma wędrowców. Spacerowicze potrafili przystanąć i zachwycić się takimi cudami natury, których niewrażliwe na estetykę oczy nie dostrzegą nawet, których ignoranci nigdy nie będą umieli docenić, dla których przemawiać będzie zupełnie obcym, egzotycznym i nieznanym językiem. A to prawdziwa poezja lokalnego krajobrazu, wielogłosowa muzyka ptactwa i tajemniczych kniej, a nade wszystko – zgoła impresjonistyczne malarstwo natury.

Dziwacznie brzmiące nazwy i dokładne roślinne charakterystyki – po takim spacerze można niemalże od razu zostać zielarzem. Mnie się tam co prawda wszystko już poplątało, ale jedno żem zapamiętał: takie żółte, niezbyt akurat ładne i raczej nie obdarzone najprzyjemniejszym zapachem skutecznie odstraszają wszelkie paskudztwa zwane kleszczami. Żadnej nie ma tu – o ile wolno wyrazić się kolokwialnym językiem – ściemy.

W środę 29 lipca Dębogórze odsłoniło przed nami swoje północne kresy. Dzielni wędrowcy po raz kolejny przekonali się, że warto odkrywać naszą piękną gminę – również mniej uczęszczane zakamarki.

Pani Olu, dziękujemy!