On ne peut pas faire de cuisine si l’on n’aime pas les gens (nie można gotować, jeśli nie kocha się ludzi) – mawiają Francuzi. I mają rację. Z tego też powodu postanowiliśmy celebrować w seniorskim gronie Święto Narodowe Francji (14 lipca, w dzień zdobycia przez lud paryski Bastylii) w wyjątkowy sposób. I ruszyliśmy do Gdańska – do najbardziej francuskiej z trójmiejskich restauracji, prowadzonej przez Bretończyka pod hasłem domowej kuchni francuskiej po przystępnych cenach, do A la française. Przywitał nas gospodarz, który w przeciągu swojego pobytu w Polsce doskonale nauczył się języka polskiego – ten ostatni w ustach Pana Dominique’a w połączeniu z melodią typową dla francuszczyzny brzmi zgoła nietuzinkowo.

O gustach – również kulinarnych – ponoć się nie dyskutuje, ale… cóż to były za smaki! Podyskutujmy! Naszą szczególną uwagę przykuły przepyszne zupy-kremy z pomidorów i cebuli, a także bretońskie galetty, czyli kruche naleśniki z mąki gryczanej z różnych nadzieniem. Restauracyjny wystrój przypominał rodzinne poddasze, dlatego też bardzo szybko poczuliśmy się jak w bretońskim zaciszu domowym, z nastrojową francuską muzyką w tle.

Po nastrojowym obiedzie czas był najwyższy trochę rozruszać kości i zrzucić nadprogramowe kalorie, chociaż gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba, że francuska kuchnia – słynna na całym świecie i wyrafinowana – nigdy, jak to się mówi, nie zalega na żołądku. Ciężko było opuścić gościnne progi A la française, ale piesza wędrówka po Starym Mieście, a zwłaszcza po kolejnych automatycznych groblach tak, tak, takie właśnie nowe hobby udało nam się wynaleźć), sprawiła nam nie lada przyjemność. Vive la France ! Vive la Pologne !